Internetowe Koło Filatelistów informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie przez nas cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami Twojej przeglądarki.

 

Font Size

SCREEN

Profile

Menu Style

Cpanel

Nie ma już ludzi - z tamtych lat

    „Widok tych nowych wybrzeży przejmował grozą. Spomiędzy bardzo wysokich, pionowych skał wyzierały posępnym, skostniałym spojrzeniem czarne jaskinie. U podnóży ich rozbijały się szalejące fale przypływów, wierzchołki ich kryły się w chmurach. Jak daleko powiodło się nam zapoznać z tym krajem i otaczającymi go drobnymi wysepkami, wszędzie napotykaliśmy ten widok pustki i grozy.”

     Przerażający opis. Gdzie znajduje się ten ląd, który sądząc z opisu musi być przedsionkiem piekieł i, kto tam dotarł?

 

South Georgia, 1975, Mi 51

      Autorem tego wstrząsającego opisu jest jeden z najsłynniejszych odkrywców kapitan James Cook, który w 1775 roku dociera do wyspy, której nadaje nazwę Południowej Georgii, a następnie odkrywając archipelag nazwany Ziemią Sandwicha. Widok jaki widzimy na znaczku wydanym w 200 rocznicę wyprawy jest tym samym jaki zobaczyła załoga statku "Adventure". Widok potężnych gór i spływających do morza lodowców nie był zbyt optymistycznym widokiem i nie zachęcał ani do lądowania ani, tym bardziej do zamieszkania na tych zapomnianych przez Boga i ludzi wyspach. A jednak wbrew temu odstraszającemu opisowi stało się, inaczej.
     Cofnijmy się na chwile w czasie. Cook i jego załoga nie byli pierwszymi ludźmi, którzy dotarli do tych wysp. Pomijając nieprawdopodobny opis pozostawiony przez Amerigo Vespucci, który w 1502 roku miał zobaczyć wybrzeża Płd. Georgii za odkrywcę tej wyspy uchodzi angielski kupiec Antonio de la Roche, który w 1675 roku w trakcie sztormu dość przypadkowo dotarł do Płd. Georgii i korzystając z osłony lądu dokonał remontu swojego statku. W trakcie remontu trwającego 2 tygodnie żeglarze mogli dość dokładnie poznać zatokę, w której zakotwiczyli swój statek. Nic, więc dziwnego, że w raporcie, jaki został opublikowany w 1678 roku znalazł się dość dokładny opis dzięki któremu badacze mogą stwierdzić, że gościnna zatoka to współczesny fiord Drygalskiego.

 

 

Pierwsza mapa Południowej Georgii

      W ten oto sposób nowo odkryta wyspa trafiła po raz pierwszy na mapy pod nazwą wyspy Rocha. Od tej pory minie prawie 100 lat do powtórnego dotarcia w rejon Płd. Georgii. Tym razem do wyspy dotarł w 1756 roku hiszpański statek "Leon". Wiązało to się ze zmianą nazwy wyspy, która od tego momentu nosi nazwę San Pedro. Jednakże dopiero lądowanie na wyspie kap. Cooka w dn 17 stycznia 1775 roku połączone z zmiana nazwy wyspy na Południową Georgię oraz zatkniecie brytyjskiej flagi wraz z przeprowadzeniem ceremonii objęcia w posiadanie wyspy spowodowało, że od tej pory stała się ona częścią imperium brytyjskiego i stan ten utrzymuje się do dzisiaj.
     Inicjatorem zmiany nazwy wyspy i autorem opisu tej ceremonii jest Jerzy Forster - przyrodnik urodzony w Mokrym Dworze koło Gdańska.
     Od tego momentu Płd. Georgia pojawia się nie tylko na mapach, ale także uzyskuje osobowość prawną. Począwszy od wyprawy Cooka wyspy odwiedzane do tej pory jedynie przez pingwiny, foki i innych przedstawicieli miejscowej fauny zaczynają wzbudzać zainteresowane ludzi.
Zarówno opisy tych ziem pozostawione przez de la Roche jak i Cooka oraz Forstera oprócz opisów surowej przyrody zawierały także opisy olbrzymich stad fok, lwów morskich oraz wielorybów. I właśnie te opisy wzbudziły zainteresowanie. Przynosiły, bowiem obietnicę zysku - tran był magnesem, który przyciągnął na wyspy myśliwych.
Może to wydawać się wręcz nieprawdopodobne, ale w przeciągu niespełna 50 lat od wyprawy Cooka wybrzeża Płd. Georgii opustoszały niemal całkowicie. Kompletnie bezbronne foki oraz lwy morskie zostały niemal zupełnie wytępione.
     Jednakże poza sporadycznymi wizytami na wyspach łowców fok i wielorybów wyspa pozostawała nadal bezludna. Sytuacja ulega diametralnej zmianie na początku XX wieku. Pod koniec 1901 roku z Goteborga wyrusza pod kierownictwem O. Nordenskjolda szwedzka wyprawa badawcza. Kapitanem statku "Antarctic", na którym płynęła wyprawa był Norweg C. Larsen. Dzieje tej wyprawy oraz sylwetka kap. Larsena została już opisana w artykułach, które można znaleźć w nr 5 i 9 "Filatelisty" z 2013 roku.
Larsen nie był nowicjuszem. Przez długie lata polował na wieloryby na morzach południowych. Teraz jego doświadczenie oraz współpraca z Argentyńczykami pozwoliła na uratowanie wyprawy. Nic, więc dziwnego, że po zakończeniu tej obfitującej w niezwykłe wydarzenia hucznie fetowano w Buenos Aires powrót zarówno członków wyprawy Nordenksjolda, jak i uczestników argentyńskiej wyprawy ratunkowej. R. Badowski w swojej książce "Biało-czerwona u brzegów Antarktydy" tak oto opisał bankiet powitalny. Bankiet, na którym zapadły decyzje, które zmieniły oblicze Płd. Georgii:
     „Wówczas to Larsen wzniósł toast za udział Argentyńczyków w polowaniach na wieloryby. A potem zapytał, czemu nie łowią waleni, mając je niemal u progu swojego kraju i posiadając tak dobrych antarktycznych żeglarzy, jak Jose Sobral i załoga statku „Urugay”. „Nie dorównujemy Norwegom” - kurtuazyjnie odpowiedział któryś z uczestników biesiady. „To połączmy swe wysiłki” - zareplikował Larsen.... I tak powstało osobliwe towarzystwo połowowe – z argentyńskim kapitałem, flotą dowodzoną i obsadzoną przez Norwegów, zlokalizowane na Georgii Południowej – wyspie należącej do Brytyjczyków”.

    29 lutego 1904 roku powstaje przedsiębiorstwo „Compania Argentina de Pesca”. Na wyspy Płd. Georgii przybywa pod dowództwem kapitana Larsena wyprawa złożona z trzech statków: „Loise”, „Rolf” i „Fortune”. Na statkach tych przewieziono materiały budowlane i tak 16 listopada 1904 roku rozpoczęto budowę stacji wielorybniczej, która w przyszłości stanie się nieformalną stolicą Południowej Georgii. Jest to miejscowość Grytviken.
      Nazwa Grytviken została nadana przez uczestnika szwedzkiej wyprawy naukowej – Johana Gunnara Andersona w 1901 roku i oznacza dosłownie - „Zatoka kotłów”. Najprawdopodobniej z tego powodu iż w tym miejscu od kilkudziesięciu już lat wielorybnicy wytapiali tran z upolowanych wielorybów i pozostawiali po sobie kotły w których wytapiano tran.

 

South Georgia, 2004, Mi 403–406

   Osada rozwinęła się w tempie wręcz ekspresowym. Larsen okazał się bardzo dobrym administratorem.  Nic więc dziwnego że jego postać została uwieczniona w pieśni której autorem jest Jerzy Porębski – twórca szant, ale także uczestnik pierwszej polskiej wyprawy na statku „Prof. Siedlecki”


„Twarde miał serce stary Larsen,
Bystre spojrzenie, pewną dłoń.
Wściekła robota dzień i noc,
Holują wieloryba kloc
Poprzez zatoki modrą toń”.

      Osada liczy wkrótce 300 mieszkańców, powstaje słynny „Kościół wielorybników”, wybudowano nawet skocznię narciarską – jej rekord to 39 m, taka odległość na tej skoczni o punktu konstrukcyjnym 35 metrów uzyskał w 1939 roku Norweg Sigurd Hansen. Sukces osady był wręcz oszałamiający. Już w pierwszym roku złowiono 195 wielorybów i zwrócono argentyńskim kredytodawcom 70 procent zainwestowanych kapitałów.

 

     Praca w Grytviken wręcz wrze. Powyższa pocztówka, na której widnieje zdjęcie marynarzy w trakcie odgarniania śniegu została nadana 18 października 1904 roku w Argentynie. Widnieje na niej podpis Jose Sabrala – Argentyńczyka, który brał udział w wyprawie Nordenksjolda.
     W ten oto sposób Poludniowa Georgia zaczyna zajmować swoje miejsce także na filatelistycznej mapie świata. Jeszcze nie istnieje na wyspie formalna placówka pocztowa, ale już pojawiają się w obiegu pierwsze listy nadane na wyspie.

 

    Oprócz firmy „Compania Argentina de Pesca” pojawia się w Grytviken także brytyjska firma „Albion Star Ltd” . Zbudowała ona fabrykę, w której produkowano mączkę i tłuszcz pozyskiwany z wielorybów. List, który widzimy powyżej wysłany w 1904 roku do Anglii jest dowodem na ożywioną działalność handlową na wyspie.
    Tymczasem warunki życia w nowo założonej osadzie stały się na tyle znośne, że osadnicy ściągają na wyspę swoje rodziny. Pierwszy zrobił to kapitan Larsen, który mieszkał w Grytviken do roku 1914 wraz z żoną i pięciorgiem dzieci – 3 córki i 2 synów. W 1913 roku odnotowano tutaj także pierwsze urodziny – 8 października 1913 roku - to znamienna data. Oto po raz pierwszy w rejonie Antarktyki przychodzi na świat pierwsze dziecko. Jest to Solveig Gunbjorg Jacobson -  jest córką Fridthjofa Jacobsena który osiedlił się na wyspie wraz z Larsenem będąc jego zastępcą a następnie w latach 1914 – 1921 kierownika stacji wielorybniczej w Grytviken.

 

    Na tym zdjęciu wykonanym w 1916 roku widzimy dziewczynkę trzymającą za rękę ojca na tle wieloryba. W takich to warunkach spędziła swoje dzieciństwo wraz z młodszą siostrą pierwsza rodowita mieszkanka Antarktyki.

 

 South Georgia, 2003, Mi 364–371

     Powyższe walory wydane przez pocztę Płd. Georgii przedstawiają najbardziej istotne wydarzenia w pierwszych latach istnienia Grytviken.
    Polowy wielorybów zwiększają się w tempie wręcz astronomicznym. Sezon 1911/12 to 11 727 wielorybów. Apogeum to sezon 1930/31, gdy ubito 40 200 wielorybów. Wtedy też pojawiają się pierwsze głosy w obronie wielorybów, którym zaczyna grozić zagłada. Tymczasem jednak nieustanna rozbudowa osiedla pociąga za sobą konieczność uregulowania także kwestii usług pocztowych.  Ostatecznie w dniu 22 grudnia 1909 roku zostaje otwarta oficjalna placówka pocztowa w Grytviken.   Do roku 1944 nadawcy listów z Grytviken posługują się znaczkami wydawanymi przez pocztę Falkland.  W latach 1944 -0 1962 w obiegu są znaczki Falkland, ale opatrzone nadrukiem South Georgia. W tym okresie Płd. Georgia funkcjonuje, jako terytorium zależne Falkland – dependencja. Dopiero w 1962 roku wraz z podpisaniem Traktatu Antarktycznego spowodowało wydzielenie Brytyjskiego Terytorium Antarktycznego oraz samodzielność pocztową Płd. Georgii. Od tej pory w obiegu mamy znaczki wysp Georgia i Sandwich Południowy.
   W tym okresie pojawia się w historii Grytviken postać, która już na zawsze będzie kojarzona z tym miejscem – jeden z największych bohaterów polarnej ery heroicznej – sir Ernest Shackleton.

 

     List wysłany przez uczestników niemieckiej wyprawy polarnej w 1911 roku pod kierownictwem Wilhelma Filchnera jest wyrazem szacunku, jakim w środowisku badaczy polarnych cieszył się E. Shackleton.
   Na tej wyspie, na której znalazł ocalenie, jego życie znalazło także swój kres. W trakcie swojej ostatniej wyprawy w dniu 4 stycznia 1922 roku serce tego wielkiego podróżnika przestaje bić w Grytviken.

 

Grytviken – pogrzeb Ernesta Shackletona

     Tutaj też, na tej ziemi smaganej wichurami, w ostatnim porcie przez Antarktydą znajduje się niezwykły cmentarz. Tutaj znajduje się grób E. Shackletona , tutaj znajdują się także groby innych wielorybników, mieszkańców Grytviken w sumie 64 kwatery.

 

Grób Ernesta Shackletona, 1874-1922

   Niezwykły to cmentarz i niezwykły grób. Nic więc dziwnego że także na znaczkach wydawanych przez pocztę Płd. Georgii ciągle pojawiają się oznaki pamięci o miejscu, na którym dobiegła kresu jego ostatnia wyprawa.

 

South Georgia, 1971, Mi 35

     Hołd wielkiemu podróżnikami oddają także wielcy tego świata.  Na znaczku wydanym z okazji srebrnego jubileuszu panowania królowej brytyjskiej widzimy członka rodziny królewskiej księcia Filipa

 South Georgia, 1980, Mi 83

   Na wzgórzu Hoper Point - Wzgórze Nadziei znajduje się krzyż upamiętniający pamięć Ernesta Shackletona i to on znalazł się na znaczkach wydanych przez pocztę Płd. Georgii.
   Cmentarz w Grytviken to nie tylko miejsce, na którym znajduje się grób E. Shackletona. Wśród wielu innych grobów znajduje się także jeden, który musi wzbudzić zainteresowanie Polaków.

 

Cmentarz w Grytviken - widok od strony morza

   Na tym zdjęciu widzimy oprócz cmentarza na wzgórzu dwa samotne krzyże. Nas powinien zainteresować krzyż znajdujący się obok potoku.

 

    Oto ten krzyż sfotografowany w zimowej scenerii. Krzyż, a na nim niezwykły napis. Oddajmy w tym miejscu głos dla R. Badowskiego. który w cytowanej już książce tak opisał historię tego niezwykłego grobu:
"Wiedzeni ciekawością marynarze wdrapali się na zbocze i odczytali napis na krzyżu:

- W. SLOSARCZYK, III offz. Polarschiff "Deutschland" 9 XII 1887 - 26 XI 1911 -

Napis wyryła nieudolnie marynarska dłoń, a nazwisko na krzyżu - polskie i po polsku pisane!

    Sądzić można, że nasz nieznany poprzednik był Polakiem z zaboru pruskiego. W jakich okolicznościach zmarł na Georgii Południowej?
    Zdołaliśmy ustalić, że pełnił funkcję radiotelegrafisty w niemieckiej wyprawie Wilhelna Filchnera, która wyruszyła 3 maja 1911 roku z Hamburga z zamiarem przejścia na przełaj Antarktydy i zdobycia po drodze Bieguna Południowego... Wyprawa zatrzymała się w listopadzie 1911 roku na Georgii Południowej, gdzie podejmował ją C. Larsen, wówczas już szef bazy w Grytviken. Ze statku "Deutschland" spuszczono na wodę szalupę i udano się na badania brzegów wyspy. Wypadkowi na morzu uległ wówczas jedyny na statku radiotelegrafista co dla Filchnera stanowiło niezwykle dotkliwą stratę".

    Wyprawa Filchnera zakończyła się niepowodzeniem. Śmierć Slosarczyka uniemożliwiła wezwanie pomocy w sytuacji, gdy statek został uwięziony w lodach na M. Weddella. Pomimo śmierci kapitana statku i jednego z uczestników wyprawa ostatecznie powróciła 19 grudnia 1912 roku do Grytviken i tutaj nastąpiło jej zakończenie.
  Na wyspie pozostał, jako jedyny ślad po tej wyprawie grób naszego rodaka. Czy od tego czasu znaleziono jakiegoś nowe informacje dotyczące tego antarktycznego pioniera? Nie udało nam się znaleźć więcej informacji - może nie istnieją, a może czekają na swoje odkrycie? Nie ma nawet pewność czy był Polakiem, chociaż sądząc z brzmienia nazwiska na pewno miał polskie korzenie.
     Minął okres świetności Grytviken. Okres masowych połowów wielorybów minął bezpowrotnie. Nie ma już zapotrzebowania na tłuszcz wielorybi. Wieloryby podlegają ochronie. Osada w Grytviken stopniowo wyludniała się i w 1966 roku nastąpiło definitywne zamknięcie bazy w Grytviken.

                               "Nie ma już wielorybich stad,
                                Gryzie rdza harpunu ostrą pikę,
                                Nie ma już ludzi - z tamtych lat,
                                Dziewiczy wrócił czas w Grytviken"

  Tak brzmią słowa pieśni o Grytviken i taka jest rzeczywistość. Pozostały tylko pozamykane domy, kościół w dalszym ciągu służący ludziom, którzy tutaj przypływają, pozostał najbardziej samotny cmentarz na którym szanty śpiewa tylko wiatr. Pozostały także pokryte rdzą dumne relikty wspaniałej morskiej przeszłości.

 

South Georgia, 2010

"Stary "kitboj" stoi w porcie,
Pełni ostatnią ze swych wacht.
Już nie wypłynie stary wrak
Na wielorybich ścieżek szlak
Zaryty dziobem w plaży piach"

    Minęła epoka heroicznych wypraw odkrywania nieznanych lądów era poszukiwaczy przygód, ale też i bogactwa. Tętniące życiem osiedle wielorybników stoi puste, ale pozostała też pamięć. Pamięć o tych ludziach, których groby pozostały na tym niezwykłym cmentarzu. Cmentarzu, który tak opisał niemiecki badacz L. Kohl:
     "Jest on najbardziej samotnym i najbardziej wstrząsającym cmentarze, jaki znam, tak samotnym, jak musieli być samotni w swych ostatnich godzinach leżący tam ludzie".
 
     Dlatego też zwłaszcza w listopadzie miesiącu, w którym w szczególny sposób pamiętamy o zmarłych warto także wspomnieć o tych wszystkich, którzy leżą pochowani na tym najdalszym cmentarzu. Nie tylko o wielkim Shackletonie, ale także o bezimiennych grobach wielorybników, a także o grobie naszego rodaka, który pochowany został na tej dalekiej ziemi.
     Tylko nasza pamięć może, im towarzyszyć na tej ziemi, na której:

"Nie ma już ludzi - z tamtych lat,
Dziewiczy wrócił czas w Grytviken".

Jesteś tutaj: START | Antarktyka | Nie ma już ludzi - z tamtych lat